czwartek, 23 lutego 2017

„Kobieta, która wiedziała za mało” Daniela Koziarskiego [PRZEDPREMIEROWO]

Dzisiaj na tapecie książka, która swoją premierę będzie miała już niedługo, za niecały miesiąc, a dokładnie 15.03. Mówiąc szczerze, sięgając po książkę, spodziewałam się raczej romansu. Natomiast w środku książka okazała się być powieścią erotyczną. Czy się zawiodłam? Czytajcie dalej. 

Główną bohaterką książki jest popularna pisarka - Marzena Wierzba. Rytm jej życia wyznacza pisanie kolejnych pretensjonalnych, erotycznych książek. Niestety po pewnym czasie jej skrupulatny świat zaczyna się burzyć jak zamek z piasku. Jej mąż, szanowany notariusz, angażuje się w romans z młodą kobietą a syn zaskakuje ją niekonwencjonalnymi wyborami. Co więcej, sama pada ofiarą psychofanki. Marzena jednak się nie załamuje i zaczyna walczyć z tym, co dał jej los. Energii dodają jej optymistyczne sentencje, które wymyśla i zapisuje na różowych karteczkach, a następnie umieszcza na Facebooku. Niektórzy zaczynają nazywać Marzenę "Coelho w spódnicy", powstaje nawet jej antyfanpage, jednak bohaterka martwi się tym tylko na początku. Smutek skutecznie rozwiewa liczba lajków, udostępnień i pełnych zachwytu komentarzy wiernych fanek. Ostatecznym celem i ideałem Marzeny staje się Suka, tytułowa bohaterka jej najnowszej powieści erotycznej. 
~*~

 Myślę, że śmiało „Kobietę, która wiedziała na mało” można nazwać powieścią erotyczną. Aczkolwiek znajdziemy tam nie tylko liczne sceny seksu, ale także ciekawą, wciągającą fabułę, która przypadła mi do gustu. Od książki naprawdę ciężko jest się oderwać, autor co chwila serwuje nam zwroty akcji, które wręcz nie pozwalają nam odłożyć książki na później. Jest to nie tylko powieść erotyczna, ale także zawiera wiele ciekawych wątków takich jak tolerancja par homoseksualnych, psychofani, a także radzenie sobie z samotnością, która tak bardzo zaczęła dokuczać Marzenie po rozwodzie. 

Niestety podczas lektury książka czasami mnie irytowała. Nie podobała mi się kreacja bohaterów. Każdy z nich jest wręcz identyczny, każdemu z nich zależy wyłącznie na seksie. Są oni niewyżyci seksualnie i robią wszystko, aby zaspokoić swoje pragnienia i fantazje. Czasami miałam wrażenie, że zachowują się jak zwierzęta.  Żaden z nich się niczym nie wyróżnia, żaden z nich nie jest oryginalny. Nie podobało mi się również zachowanie głównej bohaterki. Marzena dosłownie każdego napotkanego mężczyznę, czy to przyszłego zięcia, czy listonosza, traktowała jako potencjalnego kochanka, z którym mogłaby spełniać swoje erotyczne fantazję. Należy jeszcze wspomnieć, że wszystkie sceny seksu są dokładnie opisane i to nie pięknym językiem, delikatnym, pełnym miłości. Opisy są niesmaczne, wręcz wulgarne. 

Bardzo dobrym pomysłem okazała się narracja z punktu widzenia różnych osób. Jest to narracja trzecioosobowa, jednak bez problemu możemy wejść do głowy bohatera, zobaczyć jego myśli i zamiary. Pomimo tak znaczących minusów muszę przyznać (nie wiem jak to możliwe), że książka mi się naprawdę podobała i chętnie do niej wracałam. Przeczytałam ją bardzo szybko, co jest również dowodem na to, że autor potrafi zatrzymać czytelnika przy książce. 

Podsumowując, „Kobieta, która wiedziała za mało” to książka, która nie spodoba się każdemu. To powieść przede wszystkim o  radzeniu sobie z samotnością, której tak wszyscy się boimy. To pozycja udowadniająca, że czasami nasze życie musi się wykoleić, żeby potem znowu nabrało rozpędu. 


Premiera: 15.03.017  



Za możliwość przeczytania egzemplarza recenzenckiego serdecznie dziękuję wydawnictwu:
http://novaeres.pl/
 

sobota, 18 lutego 2017

„Światło między oceanami” M.L. Stedman

„Światło między oceanami” to książka, co do której miałam duże oczekiwania. Nie tak dawno było o niej naprawdę głośno, recenzje zachęcały a film na podstawie książki, który niedługo po jej premierze trafił na duży ekran, jeszcze bardziej kusił mnie, aby sięgnąć po tę pozycją jaj najszybciej. Czy książka spełniła moje oczekiwania? 

 Autorka za pomocą fabuły przenosi nas do lat 20. ubiegłego wieku, a dokładniej do roku 1920. Przedstawia nam postać Toma Sherbournea, inżyniera z Sydney, który walczył na wojnie, i nadal zmaga się ze wspomnieniami, które go męczą. Idealnym rozwiązaniem tego problemu wydaje się być posada latarnika na oddalonej o 100 mil od wybrzeży Australii małej wyspie Janus Rock, gdzie Tom układa sobie życie z kochającą żoną Isabel, która postanawia dzielić z nim samotność. Stopniowo Tom uzyskuje utracony spokój i zaczyna radzić sobie z przeszłością. Niestety ich szczęście nie trwa wiecznie. Problemy zaczynają, gdy małżeństwo chce mieć dziecko. Pierwsza ciąża - poronienie. Druga ciąża - poronienie. Trzecia ciąża - narodziny martwego dziecka. Isabela po takich przejściach popada w depresję. Zrobiłaby wszystko, aby mieć dziecko. I wtedy wydarza się cud - do brzegu wysepki przybija łódź, w której znajdują się zwłoki mężczyzny i... niemowlę. Tom od razu chce nadać sygnał, zawiadomić przełożonych o takim wydarzeniu, jednak po namowach żony, kierując się głosem serca, a nie zasadami moralnymi, postanawia tego nie robić. Niestety podjęcie takiej decyzji niesie za sobą konsekwencje, które położą się cieniem na życiu wielu ludzi. 


Odpowiadają na pytanie - książka mnie nie zawiodła, aczkolwiek mam niewielkie zastrzeżenia. Po pierwsze - język. Nie wiem czemu, ale autorka tak napisała książkę, że miałam wrażenie jakbym czytała lekturę. Pierwsza lektura jaka przyszła mi na myśl to „Robinson Crusoe”. Myślę, że autorka bardzo wczuła się w klimat lat 20. ubiegłego wieku, dlatego też język mógł trochę niewspółczesny i bardziej skomplikowany niż ten, który możemy znaleźć w książkach, których akcja dzieje się współcześnie. Po drugie - mało dynamiczna akcja. Wszystko w tej książce jest powolne, leniwe, jakby monotonne. Nie ma takiego dreszczyku, dzięki któremu powieść czytałoby się z wypiekami na twarzy. Książka również nie wstrząsnęła mną tak, jakbym chciała aby to zrobiła, obyło się bez łez i stosu chusteczek. Aczkolwiek autorka postarała się, abyśmy emocje odczuwali wraz z bohaterami. Cierpiałam razem z Isabel, kiedy poroniła. Cierpiałam, gdy urodziła martwe dziecko. Cierpiałam również z Tomem, który nie mógł sobie poradzić psychicznie z zaistniałą sytuacją.

Jednak po mimo kilku minusów uważam, że „Światło między oceanami” to świetna książka, koło której nie można przejść obojętnie. To pozycja, która porusza bardzo trudny temat. To powieść o dokonywaniu niewłaściwych wyborów i ponoszeniu konsekwencji wynikających z podjętej decyzji. Autorka pokazuje, do czego są zdolni rodzice, a szczególnie kobieta, która tak bardzo pragnie dziecka, że zachowuje się wręcz egoistycznie. Zrobi wszystko, aby swoje pragnienie spełnić, nie patrząc na to, że może tym kogoś krzywdzić. Książka zdecydowanie zmusza do refleksji. Nie raz podczas lektury zastanawiałam się, co bym zrobiła na miejscu Isabel i Toma. Zatrzymałabym dziecko czy wezwała pomoc? Naprawdę nie wiem... I jestem pewna, że nikt z Was nie wie, bo nie można wiedzieć, jaką decyzję podjęłoby się w emocjach. Nie można zatem potępiać zachowania Isabel. Chciała dobrze, ale niestety... Podejmując decyzję o zatrzymaniu dziecka, jej życie zamieniło się w jedno wielkie kłamstwo.

Podsumowując, „Światło między oceanami” to poruszająca powieść o niszczycielskiej sile niewłaściwych wyborów. O złych decyzjach podejmowanych przez dobrych ludzi. O szczęściu, z którego tak trudno zrezygnować szczególnie, gdy jest ono na wyciągnięcie ręki. Polecam!


wtorek, 14 lutego 2017

"Straceńcy" Ingar Johnsrud [PRZEDPREMIEROWO]

Rok temu w moje ręce trafiła książka Ingara Johnsruda pt. "Naśladowcy". Pozycja bardzo mi się spodobała, więc bez mrugnięcia okiem zdecydowałam się na przeczytanie kolejnej książki tego autora, która ma swoją premierę już jutro. 

Główny bohater, Fredrik Beier nie ma łatwego życia. Mógł znieść wiele, ale niestety granica została przekroczona. Rozwód, śmierć dziecka, a także nieudane śledztwo, które pociągnęło ze sobą wiele ofiar. Pewnego dnia Beier budzi się w szpitalnym łóżku. Jeszcze tylko kilka tabletek więcej, popitych alkoholem, a Fredrik byłby legendą norweskiej policji. Gdy wreszcie dochodzi do siebie, zaczynają się kolejne problemy. Jego partnerka Kafa Iqbal odkrywa cztery martwe ciała w różnych dzielnicach Oslo. Na miejscu jednej ze zbrodni, policjantka znajduje zdjęcie dziewczynki podpisane Kalypso. Z czasem pojawiają się kolejne ofiary, a we własnych mieszkaniach dwójka policjantów znajduje takie same fotografie. Co oznacza tajemniczy podpis? Niestety, cenę za odpowiedź na to pytanie może być niejedno życie.
~*~

Muszę przyznać, że „Straceńcy” to książka utrzymana na poziomie pierwszej pozycji tego autora. Ingar Johnsrud nie spoczął na laurach, napisał kolejny bardzo dobry kryminał, który zdecydowanie przypadł mi do gustu i chcę więcej! Autor skonstruował ciekawą, niebanalną historię, która trzyma w napięciu i wciąga bez reszty. Największym plusem książki są chyba zwroty akcji, które potrafią wywrócić nasze przewidywania do góry nogami. Sprawia to, że książka staje się bardziej ciekawa i chce się ją czytać i czytać. Dodatkowo, akcja książki jest tak dynamiczna, że nawet nie zdajemy sobie sprawy z tego, że przeczytaliśmy już pół książki. Bardzo podobały mi się w kryminale krótkie rozdziały, które dodawały mu jeszcze więcej tego dynamizmu. Co więcej, bez problemu mogłam przerwać lekturę prawie w każdej chwili, nie musiałam czekać, aż doczytam do końca rozdziału, który ma 50 stron. Niestety, ta pędząca akcja nie trwa przez całą książkę. Zdarzają się rozdziały, że książka się ciągnie, a nawet trochę nudzi. Nie ma więc takiego płynnego przejścia między dynamiczną akcją a lekkim odpoczynkiem w fabule.

Dodatkowo, książka jest napisana lekkim i przyjemnym językiem. Autor nie serwuje nam nudnym, zbędnym opisów ale wręcz przeciwnie. Książka jest konkretna.  Bardzo podobała mi się również kreacja bohaterów. Autor nie przedstawił ich jako idealne osoby, nieomylne, ale wręcz przeciwnie. Bohaterowie mylą się, popełniają błędy w życiu zawodowym jak i prywatnym. Sprawia to, że są oni bardzo autentyczni. 

Podsumowując, „Straceńcy” to bardzo dobry kryminał, który z ręką na sercu mogę polecić. Znajdziecie w nim ciekawą zagadkę kryminalną, zwroty akcji, a więc mile spędzony czas. A co do pierwszej książki tego autora, nie musicie najpierw po nią sięgać, żeby przeczytać drugą. Krótko mówiąc, polecam! 

  
Premiera 15.02.2017
 

Za możliwość przeczytania egzemplarza recenzenckiego serdecznie dziękuję wydawnictwu:
 
http://otwarte.eu/
 
Inne książki tego autora zrecenzowane przeze mnie:

wtorek, 7 lutego 2017

„Więcej czerwieni” Katarzyny Puzyńskiej

Po przeczytaniu „Motylka” po prostu musiał sięgnąć po kolejną część sagi o Lipowie. Autorka urzekła mnie swoim pisarskim stylem, kreacją bohaterów, ale przede wszystkim znakomitym połączeniem kryminały i powieści obyczajowej. Tym razem autorka zabiera nas do pachnącego latem i żniwami Lipowa, gdzie dokonywane są morderstwa najprawdopodobniej przez seryjnego mordercę. 

Jak już wspomniałam w Lipowie panuje gorące lato, powietrze pachnie skoszonym zbożem, a w sadach czerwienią się jabłka. Młodszy aspirant Daniel Podgórski czuję, że teraz jest jego czas, czuję się szczęśliwy i spełniony. Niestety, w okolicach Lipowa zostają zamordowane dwie kobiety, a sprawca bardzo brutalnie okaleczył ich ciała. Rozwiązaniem sprawy zajmuje się policja kryminalna z Brodnicy, która uważa, że oba zabójstwa mogą być sprawką seryjnego zabójcy. Daniel Podgórski dołącza do ekipy śledczej, która jest prowadzona przez niezwykle kontrowersyjną komisarz Klementynę Kopp. Policja za wszelką cenę stara się znaleźć punkty wspólne między dwoma zabójstwami i stworzyć profil zabójcy. Niestety nie idzie im to łatwo, ale z dnia na dzień policja odkrywa skrywane grzeszki mieszkańców Lipowa i Żabich Dołów. Problemy w śledztwie pokrywają się z problemami prywatnymi młodszego aspiranta. 


Po przeczytaniu „Więcej czerwieni” mogę z ręką na sercu stwierdzić, że autorka mnie nie zawiodła. Co więcej, uważam, że ta książka jest lepsza od poprzedniej, chociażby ze względu na to, że autorka wprowadziła mniejszą ilość bohaterów, a także nadała im niepodobne do siebie imiona i nazwiska (co niestety nie nastąpiło w „Motylku”) co sprawiło, że książkę czytałam z przyjemnością nie zastanawiając się, kto jest kim. 

Największym atutem książki jest to, że autorka doskonale połączyła powieść obyczajową ukazującą życie na wsi, z krwistym i trzymającym w napięciu kryminałem. Katarzyna Puzyńska wymyśliła skomplikowaną, ale dopracowaną do perfekcji historię, która czasami zapiera dech w piersiach, jest powodem wypieków na twarzy i nieprzespanej nocy. Dodatkowo rozdziały kończą w najbardziej ciekawych momentach co powoduje, że powiedzenie sobie „jeszcze jeden rozdział i idę spać”, kompletnie nie zdało u mnie egzaminu. Od książki naprawdę trudno jest się oderwać. W dodatku autorka ma bardzo dobry warsztat literacki, pisze lekkim językiem co sprawia, że lektura to przyjemność. Bardzo dobrym pomysłem okazało się także przerywanie fabuły przez rozdziały, których narratorem jest morderca. Dzięki temu możemy bardziej go poznać, a także dowiedzieć się jak wyglądały inne zabójstwa. 

Jedyną rzeczą do której mogę się doczepić, to postać Klementyny. Muszę przyznać, że bardzo polubiłam tę bohaterkę, podoba mi się jej kreacja, ale strasznie irytowało mnie to, kiedy dosłownie w każdej wypowiedzi komisarz Kopp, pojawiało się stwierdzenie „Jesteś komiczną, starą babą, Kopp!”. Rozumiem, że autorka chciała pokazać, że Klementyna walczy sama ze sobą, pokazać, co dzieje się w jej głowie, no ale... co za dużo to nie zdrowo. 

Podsumowując, „Więcej czerwieni” to druga część sagi o Lipowie, która potwierdziła, że Katarzyna Puzyńska jest znakomitą pisarką i że zdecydowanie warto sięgnąć po kolejne części sagi. Genialnie skonstruowany kryminał, doskonałe połączenie go z wątkami obyczajowymi - to tylko niektóre zalety tej książki. Z całego serca polecam Wam tę sagę! 


Inne książki tej autorki zrecenzowane przeze mnie:
http://z-ksiazka-w-reku.blogspot.com/2016/11/motylek-katarzyny-puzynskiej.html
 

niedziela, 5 lutego 2017

WYNIKI LOSOWANIA!

Dzień dobry 😉
Nadszedł czas, aby wylosować szczęśliwca, który otrzyma książkę Grzegorza Filipa pt. „Miłość pod koniec świata”. Najpierw jednak, chciałabym podziękować Wam za udział w urodzinowym losowaniu. Może nie było Was dużo, ale uwierzcie - każde zgłoszenie wywołało uśmiech na mojej twarzy. 

Nie przedłużając - książkę „Miłość pod koniec świata”, w drodze losowania, otrzymuje...

wtorek, 24 stycznia 2017

„Z teściową za pan wróg” Izabeli Milik

Za pewne każdy z Was w swoim życiu słyszał kilka dowcipów dotyczących teściowej, która nie jest osobą zbyt lubianą przez zięcia czy przez synową. Czy teściową wykreowana przez Izabelę Milik jest właśnie taką teściową z kawałów? 

 Podczas lektury książki poznajemy Olę, młodą ambitną kobietę, narzeczoną Rafała. Z powodu pracy Rafała para widuje się tylko w weekendy i powoli zaczynają myśleć o ślubie. Wszystko byłoby idealnie, gdyby nie rodzice mężczyzny. Nawet sam Rafał uważa, że są oni nie do wytrzymania. Ola początkowo nie przyznaje mu racji. Uważa swoich przyszłych teściów za bardzo serdecznych ludzi i z tego też powodu czasami pomiędzy parą dochodzi do spięć. Jednak po pewnym czasie poznaje drugą stronę rodziców Rafała i zmienia zdanie. Co raz rzadziej ma ochotę przebywać w rodzinnym domu narzeczonego, a mama Rafała nawet przez telefon potrafi zepsuć humor Oli już na cały dzień. 

~*~

Mówiąc szczerze książka spełniła moje oczekiwania. Sięgając po nią miałam nadzieję, że czeka mnie kilka godzin przyjemnej lektury, której towarzyszyłby uśmiech na twarzy. I to również dostałam. Bawiłam się świetnie choć nie zabrakło chwil wzruszenia. Izabela Milik napisała bardzo realistyczną książkę. Przedstawiła zdarzenia, sytuacje wyjęte z życia, które mogły spotkać każdą synową. Każdy z Was mógłby znaleźć odbicie swoich problemów w problemach bohaterów. 

Autorka potrafiła zatrzymać mnie przy książce. Nie mogłam się od niej oderwać. A jak już to zrobiłam to z niecierpliwością czekałam aż będę mogła wrócić do lektury i przeczytać co nowego wymyśliła mamuśka Rafała i czym znowu zdenerwuje Olę. Ponadto, książka jest napisana lekkim i przyjemnym językiem, dzięki czemu można ją przeczytać w mgnieniu oka.

Ogólnie odebrałam książkę bardzo pozytywnie, aczkolwiek moim zdaniem tę bardzo dobrą lekturę autorka troszkę „zepsuła” zakończeniem, którego nie do końca rozumiem. Po bardzo realistycznej i prawdziwej książce, autorka zaserwowała nam nieprawdziwe, oderwane od rzeczywistości zakończenie. Nie do końca przypadło mi to do gustu. Jednakże uważam, że każdy powinien sobie wyrobić swoje zdanie na ten temat. 

Podsumowując, „Z teściową za pan wróg” to bardzo dobra książka Izabeli Milik, którą mogę polecić. Pozycja ta przedstawia prawdziwe życie, prawdziwe relacje między teściową a synową. Książka trzyma w napięciu i wywołuje uśmiech na twarzy. 


Za możliwość przeczytania egzemplarza recenzenckiego serdecznie dziękuję wydawnictwu: